2 PODSUMOWANIE ROKU I NIE TYLKO - lentilky lentilky

PODSUMOWANIE ROKU I NIE TYLKO

     Miniony rok był pod wieloma względami przełomowy.
Pierwsza połowa roku była korzystna pod względem zawodowym, finansowy, kulturowym…
Najważniejsze wydarzenie ubiegłego roku jest z nami już 7 miesięcy. Celowo nie użyłam słowa „mieszka”:)
Ważnych wydarzeń rodzinnych było znacznie więcej: wygrana z chorobą, dwóch nowych Franciszków (zaznaczam, że jeden urodził się przed wybraniem papieża:) i dla równowagi śmierć dwóch osób. Podsumowując jednak to wszystko, był to w gruncie rzeczy, dobry rok dla wszystkich.
     
     A co ja? U mnie wrzesień był przełomowy. Był to miesiąc w którym pierwszy raz wsiadłam do auta i bez problemów mogłam zrobić dłuższą trasę. Po trzech miesiącach dochodzenia do siebie, zamknięta z dzieckiem przez całe lato w czterech ścianach – wyszłam i jeździłam na wszystkie spotkania: nawet te firmowe:) Październik był już gorszy. Wiedziałam, że polski oddział podczas przejęcia pozwalniał część osób na kontraktach a postawił na mniej doświadczone osoby. Wykształceni projektanci, którzy mieli uniezależnić oddział od współpracowników zewnętrznych zostali odrzuceni. Nie takie było założenie czeskiej firmy-matki. Mnie zwolnić nie mogli bo jestem „nietykalna” więc zaoferowali współpracę. Początkowo ucieszyła mnie taka forma współpracy ale w głębi duszy wiedziałam, że to tylko piękne słowa jednak dałam się ponieść złudzeniu.
     Październik był miesiącem nerwów i niepewności. Przestałam karmić. Z jednej strony miałam pomysł na wszystko z drugiej brak perspektyw. Listopad to jeszcze większe nerwy – bo przecież nie planowałam przechodzić na wychowawczy…w urzędzie pracy wymagali ode mnie przedstawienia szeregu zaświadczeń i dokumentów. Nie mam stałego pobytu na terytorium Republiki Czeskiej – jestem tu za krótko. Ze strony mojego pracodawcy mogę liczyć na pomoc. Jednak wszystko załatwiam sama bo nawet nie wiem w czym mogliby mi pomóc. Oficjalnie biorę urlop wypoczynkowy aby dać sobie czas. Rozważanie mojego urlopu wychowawczego trwa do dnia dzisiejszego.
     Po co to wszystko? 
Bo praca przynosiła mi satysfakcję i zadowolenie. Bo codziennie musiałam wyglądać dobrze i rozmawiać z ludźmi. Bo były to duże inwestycje i jeszcze większe wyzwania.
Zachorowałam na brak kontaktu z ludźmi. 

Coś co miało mnie cieszyć-np. jak ten blog-z czasem przestało mnie bawić. 
Wiem, że inni mają gorzej ale w takim razie ja mam możliwość zrobienia czegoś więcej.
Wiem, że mam odpoczywać kiedy tylko dziecko śpi ale On nie śpi tak dużo. Poza tym może ja wcale nie chcę odpocząć tylko napić się z kimś kawy? 
Wiem, że siedzę w domu ale ja nie siedzę!
Problem w tym, że oglądam wiele blogów i wiele z Was robi różne rzeczy: szyje, dzierga, gotuje…ja nie potrafię, nie umiem a nawet nie chcę. A cała moja niechęć do wszystkiego jest już tak wielka, że coraz częściej jestem zmęczona, coraz dłużej śpię i coraz mniej chcę.
     Mimo wielu wspaniałych chwil nie umiem zaakceptować tego wywrotu fizyczno-psychiczno-społecznego w moim życiu. Czasami kilkugodzinny ładunek dają mi wpisy niektórych z Was. Wówczas przez jakiś czas mam zajętą głowę myśleniem jak to jest…
     Koniec roku to również zmiany w naszych relacjach. Jedno nie widzi drugiego.

To tak jakby u mnie przeszedł tajfun i nic już nie miało swojego miejsca a u niego był rozkwit gospodarczy i nie może się to zrównoważyć w żaden sposób.
Równowagę zaburzyła również dziewczyna mojego męża, która mając własnego, w mieście gdzie na każdym rogu czai się architekt udała się „po prośbie” właśnie do swojej starej miłości.

Szlag mnie trafił!

     Straciłam zaufanie. Kompletnie.

W ostatnich miesiącach roku udało nam się wyskoczyć na dwie imprezy: pierwsza to była parapetówka naszych znajomych, którzy zdewastowany lokal nieopodal Wawelu przemienili w przytulne małe mieszkanie. Drugie wyjście to było przyjęcie urodzinowe znajomego – choć słowo „przyjęcie” jest tutaj dość mocno nadużyte. Była to prawdziwa domówka! Rodem z czasów studenckich! Na tej imprezie – nie licząc dziewczyny, która przyszła z zaawansowanym brzuszkiem – Junior był najmłodszym gościem. Ktoś potem do nas powiedział: „fajnie, że Wy tak wychodzicie, że dziecko Was nie ogranicza”. Obserwatorze a gdzież ja bym mogła mój skarb zostawić jak On całymi dniami z matką „siedzi”?! Komu ja powierzę moje dziecko w godzinach późno-wieczorno-nocnych aby je potem odebrać?
       Jest styczeń – Junior już prawie biega. Jest mądry i cwany. Wg założeń powinnam siedzieć teraz za biurkiem albo jechać na jakieś spotkanie albo robić cokolwiek budującego. Ale założenie było błędne.”Siedzimy” w domu na nienormowanym, niekończącym się etacie: odkurzania, prania, składania i jeszcze kilku innych zajęć, które można wykonywać „na siedząco”.
       Pod koniec stycznia mam test zaliczeniowy z języka czeskiego-to jedyny rozwój jaki udało mi się zaserwować w minionym półroczu. I to jest budujące.

Pralka – nowe odkrycie Juniora

    



6 odpowiedzi na “PODSUMOWANIE ROKU I NIE TYLKO”

  1. Mi się wydaje teraz że mój etat prania sprzątania odkurzania zbierania zabawet nigdy się nie skończy.
    Mój młodszy przesiedział przed pralką. Patrzył się jak w telewizor :)

  2. Panna Oceanna pisze:

    Ja staram się myśleć optymistycznie, bo inaczej bym oszalała.
    Powrotu do pracy nie mam, tydzień temu dostałam świadectwo pracy- więc generalnie w taki oto sposób nie przedłużyli mi umowy i nie mam gdzie wrócić.
    Muszę cieszyć się z tego jak jest. Choć czas łzy cisną się do oczu.
    Blog daje mi możliwość wyżelania, wychwalenia, wszystkiego. Czuję, że muszę pisać, czytać blogi innych, komentować, bo to tak jakbym z kimś rozmawiała. Nie zawsze mam czas na spotaknia z ludźmi, robię to rzadko, czas raz w miesiącu. Mąż większość dnia jest w pracy, jak przyjdzie to też wykorzystuję go by zajął sie Małym, wtedy sprzątam, gotuję, DEPILUJE SIĘ, ogarniam, nie zawsze jest czas pogadać. Przychodzi wieczór, czasem muszę usypiał Antałka do 24, zasypiam przy nim i tyle z wieczora z mężem mam.
    Nie raz wyje jak bóbr, ale to nie wina Antałka. Sama go chciałam. Kocham go. Po prostu czasem mnie przerasta to oddanie, poświęcenie, jednak szybko przychodzi opamiętanie i wiem, że jestem na właściwej drodze 😉

    Jak masz możliwość, zostaw Małego u rodziny,a Ty bierz Męża i jedź, na dzień, dwa. Pogadajcie, odpocznijcie, rozpalcie to co lekko przygasło ;* bądź szczęśliwa, szukaj szczęścia w najmniejszych rzeczach, uśmiechach, słowach.

    Też nie umiem szyć, dziergać itp. postanowiłam więc zacząć jakoś gotować. ( wiesz. przez żołądek do serca). Szukam przepisów, gotuję, podaję ładnie na talerzu, do lampek po winie wlewam wodę, bądź sok- by było elegancko, i mąż jest kupiony już 😉

    Może zacznij robic coś dla siebie. Małe spa w domu, jak Mały śpi, czytaj książkę, ucz się tego języka 😉

    Trzymam za Ciebie kciuki! ;*

  3. tusia banaś pisze:

    Staraj się nie myśleć o tym wszystkim, co wprawia Cię w przygnębienie :* Wiem, to nie jest łatwe. Ale to jedyna konieczna droga do nie-wpadnięcia w depresję. Będę trzymała kciuki za to, żeby Twoje dni były pełne radości i puste w smutek 😉

  4. Yduuu pisze:

    Zacisnąć zęby i szukać pozytywów, jakkolwiek banalnie to brzmi.

  5. Mama Bartuli pisze:

    Jakoś trzeba przetrwać ten ciężki okres.
    Pocieszę Cię,że ja też siedzę sama z dzieckiem w domu i tak jak TY sprzątam,gotuję,piorę i tak w kółko …

  6. Matka Polka pisze:

    Daj znać jak będziesz w Polsce i Krk ! „Pobiedujemy” razem :)

Dodaj komentarz